Justyna + Rafał

Często wracamy do wspomnień przez znajome doświadczenia. Październikowe światło i zapach świeżo pieczonej tarty zawsze sprowadza nas do ślubu Justyny i Rafała. To jak jesienny wehikuł czasu w wersji na cztery ręce i dwa aparaty.

Mieszkanie nad kwiaciarnią

Nie tylko zapachy przenoszą nas w czasie. Stare przedmioty pozwalają doświadczać stanów, których nie poznaliśmy w rzeczywistości. Przechodzimy przez próg, mijamy długi korytarz i lądujemy w kuchni. Na ścianach znajdujemy stare grafiki, pod oknem stoi stary stoliczek na maszynę do szycia – zastanawiamy się, jakie zna historie. 
 
Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy kopię “Kochanków” Magritte’a. Wygląda surrealistycznie, więc kupujemy ten klimat w ciemno i bawimy się konwencją. Myślimy nad cyklem ślubnych reprodukcji znanych obrazów. Tylko przez chwilę, bo w przydomowym ogrodzie dzieją się piękne rzeczy. Podglądamy romantyczny first look i cieszymy się błogim ciepłem. Krótka sesja dopełnia klimatu, a śledzący wszystko kot mruczy akceptująco. Ruszamy dalej.

Całkowita bliskość

Bywamy w małych kościołach, ale ten jest wyjątkowy. Stary i klimatyczny, pełen zakamarków i pięknego światła. Goście gromadzą się tuż przy ołtarzu, bo miejsca jest niewiele. Jest cudownie – bliskość ludzi, dzielenie emocji i domowa atmosfera. Inaczej niż zwykle, radośniej. Tak, jak jeszcze nie było – ta radość przepełnia całe nasze ciała, jest prawie namacalna. 
 
Po wszystkim przyglądamy się dumnie stojącym strażakom. Tego dnia widzieliśmy ich więcej, niż przez całe poprzednie życie. Może jeszcze trafimy na taką okazję.

Slow wedding w slow miejscu

Nie mogliśmy skończyć w innym miejscu niż Kotulińskiego 6. To miejsce przywitało nas jak swoich, dopełniając całą tę poranną magię. Te same wazony na tych samych parapetach, kilometry girland i miliony świec – więcej nie trzeba. Może oprócz dobrej muzyki i ciekawych rozmów, bo tego zawsze jest tu pełno.
 
I krótkiej sesji, bez której nie wyobrażamy sobie wieczoru. Tym razem innej niż zazwyczaj – po zmroku, w prawie zupełnej ciemności, którą próbował przegonić rząd ciepłych żarówek. Wyszło inaczej, bardziej filmowo. Jakbyśmy cofnęli się jeszcze o kilkadziesiąt lat, żeby złapać klimat delikatnych sukien i eleganckich mundurów. Piękna sesja na koniec długiego dnia. 

Kilka lampek i strych nocą przenoszą nas w przeszłość o kilka dekad – do świata niewymuszonej elegancji i delikatnych gestów