Krysia + Jakub

Są dni, które całkowicie nas zaskakują. Zaskakują, bo spodziewamy się pałacu i wytwornych dodatków, powagi i klasycznych piosenek. 
 
A potem nie znajdujemy nic z tego, co założyliśmy.
przyjęcie: Pałac Lenartowice
kwiaty: More Decor
wedding planner: Bal nad bal
oświetlenie i meble: Balowe Sprzęty
słodkości: Mam wypieki
menu: Kocharz
dj: Pan Nowak
Na miejscu wita nas czarny Dodge Charger. Z chromowanym kaczorem rzucającym gromy z maski i stertą puszek przymocowanych do zderzaka. I chociaż nie znamy się na samochodach lepiej niż na budowaniu tam, to doceniamy mocne linie i nietradycyjne akcenty. Lubimy być zaskakiwani, więc w głowach przyznajemy rację Panu Arturowi i uznajemy to za naszą dzienną dawkę zdumienia. 
Potem rzut oka na pałac – brzmi dostojnie, wygląda świetnie. Bez nadęcia, ale z klasą. Byliśmy tu wcześniej, więc wiemy gdzie iść. Wnętrze jest puste, przyjemnie chłodne, chociaż tuż przed wejściem buty rozpuszczały się na schodach. To miejsce jest oazą dla wędrowca, który przebył długą drogę, żeby doświadczyć szczęścia i piękna. I doświadczyliśmy ich.

Przygotowania w Pałacu

Różowe szlafroki, wzruszające listy, galeria oryginalnych postaci i gołębie-podglądacze. Tu klimat jak z obrazów Velazqueza i piękne światło grały nam przez cały czas, a zza okna kusił rażącą bielą namiot.

I chociaż dzieliła nas od niego niewielka polana, to z każdym kolejnym metrem pałacowy nastrój musiał ustąpić sielskości lasu. Szare obrusy i delikatne rośliny, makaroniki w puzderkach i kwiatowe ciasta mówiły do nas czule, a my szukaliśmy króliczej nory, przez którą tu trafiliśmy.

Urocza ceremonia

Poznaliśmy trochę ludzi, którzy potrafią czarować. I chociaż nazywają to iluzją, nie magią, to dobrze wiemy, że magia istnieje. Być może ludzie nie potrafią spontanicznie lewitować czy przechodzić przez Chiński Mur, ale potrafią zarażać pozytywnymi emocjami w sposób, w jaki bajkowy flecista wyprowadzał szczury z miasta. Tylko lepiej, bo bez fletu.
 
Więc jak zaczarowani fotografowaliśmy ich uśmiechy, jeden za drugim. I ciężko było dostrzec inną emocję, niż radość czy wzruszenie. Jako prawdziwi kolekcjonerzy chcieliśmy złapać je wszystkie – podczas pięknej przysięgi czy chwili zadumy, rzucania ryżem, pieniędzmi, kwiatami i czym jeszcze można rzucać na ślubie, wsiadania do swojego ryczącego samochodu i gnania pod namiot, by zacząć świętować.

Przyjęcie w środku lasu

A pod namiotem było pięknie. Zdjęcia zwisały z drzew zamiast owoców, kolorowe drinki czekały, aż ktoś je wypije, a z sufitu mrugały miliony małych lampek, zręcznie udając rozgwieżdżone niebo. Pomiędzy tłumem ludzi biegał pies, próbujący nakręcić wszystkie te atrakcje swoją małą kamerką, a zręczny DJ rozgrzewał parkiet do tego stopnia, że trudno było samemu nie dać się ponieść.
 
I zabawa trwała, pewnie do rana, bo te wszystkie podskoki, podrygi i tupoty słyszeliśmy jeszcze długo, przez uchylone szyby samochodu. Wracaliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, z tysiącami dobrych ujęć i świetnymi wspomnieniami.