Sonia i Wojtek – plenerowy ślub w Kotulińskiego 6

Gdyby opisać ten dzień jednym kolorem, na pewno wybraliśmy zielony. Bo zielone było tu wszystko – bukiety i krzewy, drzewa i ceremonia. Nasze myśli zrobiły się zielone i zlały się w jedną całość z klimatem tego dnia. Całkowicie odpłynęliśmy.

Często bywamy na Śląsku. Dla przyjemności i w związku z pracą. To taki region, który inspiruje – surowością, industrialnym sznytem, świetnym jedzeniem i tym małym miejscem w Czechowicach-Dziedzicach, do którego chce się wracać tuż po wyjeździe.

Sonia i Wojtek musieli również poczuć ten klimat, bo od pierwszego spojrzenia, po samo pożegnanie obserwowaliśmy ich uśmiechy. A było czym się cieszyć – w końcu nie codziennie bierze się ślub pod wielkim dębem (a raczej Wielkim Dębem), z ukochaną osobą, która nie widzi świata poza tą drugą i najważniejszą częścią siebie.

I oddali się sobie pośród tej zieleni, a potem świętowali, z bliskimi i bliższymi, aż do rana, a może i trochę dłużej?

PRZYJĘCIE I DEKORACJE: Kotulińskiego 6
BUKIET: LA FLOR
SUKNIA: Twardowska Atelier
TORT: Cremino Bakery
LODY: Lodoovka
DJ: To Ya
ZESPÓŁ: Karolina Kidoń

001 kotulinskiego6 slub 96
002 kotulinskiego6 slub 97
003 kotulinskiego6 slub 98
004 kotulinskiego6 slub 99
005 kotulinskiego6 slub 100
006 kotulinskiego6 slub 101
007 kotulinskiego6 slub 102

DELIKATNIE I ZWIEWNIE

Wita nas dworek wypełniony po brzegi drzwiami. Za niektórymi są ludzie – czeszą włosy, poprawiają koszule. Znajdujemy kobiety z włosami w ręcznikoturbanach i mężczyzn gryzących szczoteczki. Nikt się nie spieszy, bo dzień dopiero się zaczyna. Nawet Sonia – poprawia makijaż, szykuje sukienkę (nie byle jaką, ale delikatną jak mgła, której strach dotknąć, bo mogłaby się rozwiać w rękach), pilnuje przyjaciół i kiedy wszystkie te proste, ale wymagające czynności ma już za sobą – idzie do ogrodu.

A tam czeka on – Wojtek. Pięknie ubrany i pięknie szczęśliwy, bo kto nie byłby szczęśliwy widząc swoją przyszłą żonę i wybiegając lata w przód, myśląc o każdej dobrej chwili, która jeszcze nie przyszła. A na pewno przyjdzie.

ŚLUB POD DĘBEM

Śluby plenerowe trwają ułamek sekundy. Są gęste i skumulowane, jak dobre perfumy albo piękny aromat. Przy całym tym skupieniu nie możemy chłonąć chwili, ale podskórnie czujemy ten nastrój. Napięcie gości, mrowienie w palcach, kiedy prężymy się w oczekiwaniu na moment, łzy po wypowiedzianej przysiędze i szczęście po długo oczekiwanym pierwszym pocałunku.


A potem wszystko się rozluźnia, w powietrzu wirują płatki kwiatów, goście robią zdjęcia, więc robimy zdjęcia zawieszonym nad aparatami gościom. I chociaż coś się właśnie skończyło, to zostało jeszcze wiele do przeżycia.

025 kotulinskiego6 slub 119
026 kotulinskiego6 slub 120
027 kotulinskiego6 slub 121

WIĘCEJ DOBREGO

To pora na toasty, kolejne okrzyki radości, sączenie wina i wybitnie dobre lody. I kiedy o tym myślimy, to mamy ochotę spróbować ich jeszcze raz – ale nie tutaj. Tam – przy tych stalowo-zielonych krzewach, gdzieś pomiędzy cytrynowych szotami i klimatyczną sesją. Zapadały w pamięć, bo smakowały klimatem tego wiosennego dnia. Słodko-zielone, z bluesowym posmakiem.

044 kotulinskiego6 slub 1 145
045 kotulinskiego6 slub 1 146
046 kotulinskiego6 slub 1 147
070 kotulinskiego6 slub 2 160
064 kotulinskiego6 slub 161
067 kotulinskiego6 slub 162

KIEDY PRZYCHODZI WIECZÓR

Podglądamy sączących wino gości, łapiemy rozwiane w energicznym tańcu suknie, szukamy czułości przy stolikach i wiemy, że to praca dla przynajmniej dwóch par oczu.

Krótki odpoczynek grozi utratą fantastycznych kadrów, więc jeszcze przed północą przestajemy czuć nogi. Nie na długo, bo zaczynamy podrygiwać w rytm rockowej gitary, magicznych klawiszy i głosu Karoliny.

Ten wpis został wyróżniony przez The Luna Catalogue

luna 190

kliknij, żeby zobaczyć całość

PODZIEL SIĘ DALEJ