Sonia + Wojtek

Gdyby opisać ten dzień jednym kolorem, na pewno wybraliśmy zielony. Bo zielone było tu wszystko – bukiety i krzewy, drzewa i ceremonia. Nasze myśli zrobiły się zielone i zlały się w jedną całość z klimatem tego dnia. Całkowicie odpłynęliśmy.

przyjęcie i dekoracje: Kotulińskiego 6
bukiet: LA FLOR
suknia: Twardowska Atelier
tort: Cremino Bakery
lody: Lodoovka
dj: To Ya
zespół: Karolina Kidoń
Często bywamy na Śląsku. Dla przyjemności i w związku z pracą. To taki region, który inspiruje – surowością, industrialnym sznytem, świetnym jedzeniem i tym małym miejscem w Czechowicach-Dziedzicach, do którego chce się wracać tuż po wyjeździe. Sonia i Wojtek musieli również poczuć ten klimat, bo od pierwszego spojrzenia, po samo pożegnanie obserwowaliśmy ich uśmiechy.
A było czym się cieszyć – w końcu nie codziennie bierze się ślub pod wielkim dębem (a raczej Wielkim Dębem), z ukochaną osobą, która nie widzi świata poza tą drugą i najważniejszą częścią siebie. I oddali się sobie pośród tej zieleni, a potem świętowali, z bliskimi i bliższymi, aż do rana, a może i trochę dłużej?

Delikatnie i zwiewnie

Wita nas dworek wypełniony po brzegi drzwiami. Za niektórymi są ludzie – czeszą włosy, poprawiają koszule. Znajdujemy kobiety z włosami w ręcznikoturbanach i mężczyzn gryzących szczoteczki. Nikt się nie spieszy, bo dzień dopiero się zaczyna. Nawet Sonia – poprawia makijaż, szykuje sukienkę (nie byle jaką, ale delikatną jak mgła, której strach dotknąć, bo mogłaby się rozwiać w rękach), pilnuje przyjaciół i kiedy wszystkie te proste, ale wymagające czynności ma już za sobą – idzie do ogrodu.

 

A tam czeka on – Wojtek. Pięknie ubrany i pięknie szczęśliwy, bo kto nie byłby szczęśliwy widząc swoją przyszłą żonę i wybiegając lata w przód, myśląc o każdej dobrej chwili, która jeszcze nie przyszła. A na pewno przyjdzie.

Ślub pod dębem

Śluby plenerowe trwają ułamek sekundy. Są gęste i skumulowane, jak dobre perfumy albo piękny aromat. Przy całym tym skupieniu nie możemy chłonąć chwili, ale podskórnie czujemy ten nastrój. Napięcie gości, mrowienie w palcach, kiedy prężymy się w oczekiwaniu na moment, łzy po wypowiedzianej przysiędze i szczęście po długo oczekiwanym pierwszym pocałunku.

 

A potem wszystko się rozluźnia, w powietrzu wirują płatki kwiatów, goście robią zdjęcia, więc robimy zdjęcia zawieszonym nad aparatami gościom. I chociaż coś się właśnie skończyło, to zostało jeszcze wiele do przeżycia.

Więcej dobrych rzeczy

To pora na toasty, kolejne okrzyki radości, sączenie wina i wybitnie dobre lody. I kiedy o tym myślimy, to mamy ochotę spróbować ich jeszcze raz – ale nie tutaj. Tam – przy tych stalowo-zielonych krzewach, gdzieś pomiędzy cytrynowych szotami i klimatyczną sesją. Zapadały w pamięć, bo smakowały klimatem tego wiosennego dnia. Słodko-zielone, z bluesowym posmakiem.

Kiedy przychodzi wieczór

Podglądamy sączących wino gości, łapiemy rozwiane w energicznym tańcu suknie, szukamy czułości przy stolikach i wiemy, że to praca dla przynajmniej dwóch par oczu.

 

Krótki odpoczynek grozi utratą fantastycznych kadrów, więc jeszcze przed północą przestajemy czuć nogi. Nie na długo, bo zaczynamy podrygiwać w rytm rockowej gitary, magicznych klawiszy i głosu Karoliny.

Ten wpis został wyróżniony przez The Luna Catalogue

kliknij, żeby zobaczyć całość